niedziela, 29 stycznia 2012
Odtrutka na bezsilność - stężenie 1%
Zamieszczam, bo czasami zapominamy, jak mało potrzeba, żeby komuś pomóc. Ja poczułam ostatnio jak to jest otrzymać pomoc, choć się tego człowiek nie spodziewa. Jeśli ktoś by chciał zdziałać maleńki cud - zapraszam:

"Jest taki stan umysłu, serca, duszy, którego nie da się wyprać, przemalować czy zakrzyczeć. Dopada nas za każdym razem, gdy dociera do nas informacja o okaleczonym, skatowanym, porzuconym, walczącym o życie zwierzęciu a mamy świadomość, że jedyne, co nam nie pozwala działać to absurdalny brak funduszy.

To uczucie to bezsilność.

Walka z kocią bezdomnością, z okrucieństwem, z ludzką bezmyślnością kosztuje nas na co dzień o wiele więcej niż koszt karmy, żwirku czy wizyty u weterynarza. Codziennie oddajemy w tej walce kawałek siebie nie licząc na nic w zamian.

Czasami jednak - raz na rok - możemy wykrzyczeć z siebie jak bardzo potrzebujemy Waszej pomocy.

Wasza pomoc, w postaci 1% to odtrutka na naszą bezsilność. Ta odtrutka za zeszły rok pomogła nam zapewnić karmę i żwirek dla wszystkich naszych podopiecznych na cały miesiąc. To ogromna pomoc. To jeden miesiąc na oddech, na rozwinięcie skrzydeł, na odespanie wszystkich tych bezsennych nocy, które gubimy po drodze.

Przekazanie nam 1% - nic nie kosztuje. A może odmienić los:

Zuzi - która walczy z rakiem

Gucia - który został okaleczony przez ludzi i porzucony

Pysia - który jako jedyny z rodzeństwa przeżył ludzką bezmyślność

Burania - który trafiając do naszego domu tymczasowego uratował życie białaczkowemu kotu

Liluni - która trafiła do nas w stanie krytycznym, z objawami neurologicznymi i która tylko dzięki wsparciu finansowemu miała szansę na ratunek i długoterminowe leczenie

Cykorki - która przeżyła koszmar schroniska w Krzyczkach

Mamuni i Krzysi - które ktoś "życzliwy" przyniósł do uśpienia

Maciusia i Pchełki - podrzuconych w stanie wycieńczenia na wycieraczkę naszego domu tymczasowego

Kazia - odebranego opiekunce z raną po oparzeniu na szyjce, zaniedbanego i wycieńczonego

Lulka Mizialskiego - walczącego z kocim niedoborem immunologicznym który to niedobór dla wielu kotów oznacza decyzję o uśpieniu (a Lulek czuje się świetnie i pokazuje wszystkim, że żadna choroba nie jest tak straszna jak wyobrażenie o niej)

Kuleczki i Lili - które pokazały nam, że nie wolno nigdy się poddawać, bo koty się nie poddają - one walczą do końca.

Kotów ratowanych, sterylizowanych, wydawanych do nowych kochających domków przez delfin w ramach interwencji.

Kotów wolnożyjących na terenie Bielan, które mają swoje imiona, mają swoją historię leczenia, profilaktyki, dokarmiania, sterylizacji. mają swoje karmicielki, które w odpowiedzialny sposób dbają o koty, o których wszyscy inni zapomnieli. Koty wolnożyjące nie radzą sobie "same". Za przeżyciem jednego takiego kota, stoi cała masa ludzi, którzy nie potrafią przejść obok niego obojętnie.

Przekazanie Kotom i Spółce 1% nic nie kosztuje poza wpisaniem w formularzu PIT-rocznym:
-nr KRS fundacji: 0000135274
- oraz w pozycji "cel szczegółowy 1%": Koty i Spółka (bez tego dopisku 1% nie trafi do naszych podopiecznych)
dla poszczególnych formularzy odpowiednio:
PIT-36 – poz. 303; PIT-36L – poz. 106; PIT-37 – poz. 124; PIT-38 –poz. 59; PIT-28 – poz. 133 oraz PIT-39 – poz. 52 .

Dane Fundacji: Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!, ul. Kawęczyńska 16/42a, 03-772 Warszawa

W celu umożliwienia identyfikacji osoby przekazującej 1% prosimy o postawienie „X” w kwadracie w polu znajdującym się obok polu, w którym wpisuje się dane Kotów i Spółki."

Źródło: kocieadopcje.blox.pl 

wtorek, 24 stycznia 2012
Od tygodnia męczą mnie w nocy koszmary. Nie mogę się pozbierać, nie mogę się wyspać, nie potrafię odpocząć. Nie wiem czy to kwestia pożaru i tego, że uświadomiłam sobie (kolejny raz) bezsilność, czy tego, że nagle stanęłam przed wielkim znakiem zapytania "co ja tutaj robię".

Brakuje mi rozmów. Brakuje mi tego, co dawała mi uczelnia. Brakuje mi uczucia, że dzieje się coś wyjątkowego, że jestem świadkiem jakieś wielkiej zmiany na lepsze. W środku czuję się dzisiaj tak osowiała, jakbym nie miała nikogo. A przecież są ludzie, i to bardzo bliscy. Wszystkich czuję jak przez szybę. Są, widzę ich, ale nie potrafię od tygodnia dotknąć. Jakbym zapomniała jak to się robi.

Jedyne na co mam ochotę to płakać. Bez znanego mi powodu. Jakby się w środku jakaś rura odprowadzająca wodę popsuła.

I mam dosyć kaszlu. Jak długo można się męczyć z oskrzelami. Z jakimś gównianym elementem układu oddechowego, który non stop mi wysiada.

Ocieram się o ważne tematy jak o papier toaletowy. Tyle z siebie daję co kot napłakał. Zamiast czuć współczucie zaczynam się irytować. Zamiast dawać wsparcie ciskam się jak jakiś grzmot. Nie ważne czy robię to z bezsilności czy dlatego, że jestem emocjonalnie na poziomie podeszwy. Nikt sobie nie zada tego pytania. Spisze mnie w rejestrze strat i tyle.

W zeszłym tygodniu przeszłam samą siebie. Cokolwiek bym nie powiedziała - brzmiało tak obco i tak niezręcznie, że w zasadzie mogłabym pretendować do jakiejś nagrody w kategorii gryzienia się w język po fakcie.

Zupełnie jakbym wstała o 5 minut za wcześnie albo za późno. Wszystko jest jakieś "nie takie".

Jedynie siedzenie na kanapie z mnichem było w sam raz.

Jedna jedyna ważna chwila z całego beznadziejnego tygodnia.


sobota, 14 stycznia 2012
http://www.youtube.com/watch?v=8UVNT4wvIGY

Gotye.
Somebody that I used to know.
wtorek, 10 stycznia 2012
Zazwyczaj lubię to, co robię. Zazwyczaj. Myślę sobie, że zamieniam chaos w coś uporządkowanego, że im większy bajzel na wejściu, tym większy efekt na wyjściu. I tak... czasami uwielbiam to uczucie. I zastrzyk adrenaliny gdy dzwoni telefon.

Ale nie dziś.

Dziś myślę o tym, kim byłam przez ułamek chwili. O warsztatach, na których cały dzień siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Gdzie uczyłam się zupełnie innego zawodu.

I myślę o tym, kim byłam w wydawnictwie przez 3 miesiące. Dopóki nie nawiałam.

I dziś uświadomiłam sobie, że kiedy byłam w liceum, pisał o mnie Konrad T. Lewandowski. Ten sam, którym się zachwyciłam, gdy Mnich przeczytał mi ostatnio jego tekst o kiepskim projekcie jakim jesteśmy jako ludzie. Miałam wtedy ile...? 17 lat? A on napisał, że znalazłam na niego "sposób". On.

Teraz mam prawie 2 razy tyle i co...? Zostawiłam za sobą wszystko, co dawało mi poczucie, że robię coś ważnego. A to, co wybrałam... dziś nie ma najmniejszego znaczenia. Nie zmieniłam dziś niczyjego życia. Nie naprawiłam niczyjego procesu poznawczego. Nie sprowokowałam nikogo do myślenia.

Heh....

I jutro znowu na Pl. Wilsona o 7.35 poczuję, że daleko mi do poczucia kontroli nad czymkolwiek.

Nie dokonałam wyboru. To ja byłam czyimś wyborem. Na rozmowie kwalifikacyjnej. A mi zabrakło jaj, żeby spróbować kolejny raz od zera.


sobota, 07 stycznia 2012
W czwartek znowu to poczułam. To coś, co odpręża mięśnie i pozwala oddychać równo i spokojnie. Mam wszystko pod kontrolą. Wszystko. Cały niepokój zniknął. Na stacji metra Pl. Wilsona. W czwartek. O 7:35.

Jakiś czas temu dostałam zdjęcie nowego pokolenia Bieguna Północnego. Szef z byłej firmy przesłał mi w odpowiedzi życzenia świąteczne pisząc że tęskni (w profesjonalnym tego słowa znaczeniu). Dostałam podwyżkę, podpisałam nowy kontrakt sprzedając im swoją duszę na czas nieokreślony. W domu czuję niedosyt wszystkiego. Niedosyt historii, opowieści, dotyku. Jakbym była na głodzie. Zachłystuję się życiem. Nie jakimś wielkim, ważnym, znaczącym, obcym. Ale moim, takim malutkim, które zmieściłoby się w kłębku wełny w kieszeni swetra. I jest mi z tym nieprzyzwoicie dobrze.

I chyba zerwałam więzi z siostrą. I chyba zdobyłam przyjaciółkę. Nie taką na raty, na niby, tylko taką, która wysyła smsa za każdym razem jak coś ważnego się stanie. Obce uczucie.

Mam wrażenie, jakbym obudziła się ze śpiączki, która trwała tak długo, że nawet nie pamiętam, kiedy w nią zapadłam. Łatwiej mi się myśli, wzrok mi się wyostrzył... zupełnie jakbym wstała we śnie i znalazła się na skrzyżowaniu dużej metropolii zupełnie sama, aż tu nagle pojawiają się auta, przechodnie i moje miasto się wypełnia. Tętni. Drga. Dźwięczy.

Nagle wiem, co jest dla mnie ważne. I wiem, że to ja dokonuję wyborów. Że nie ma przypadków.

Zawaliłam po drodze wiele relacji z innymi ludźmi. Zostawiłam je, albo zdeptałam. Nie potrafię naprawić. Ale od dziś koniec z tym. I koniec z zadręczaniem się myślami, z którymi nie mogę nic zrobić.

Zaczęłam oglądać Grey's Anatomy od piątego sezonu. Jestem od dziś fanką Owena Hunta i jego "quick and dirty" metody składania ludzi do kupy. Ciekawe czy w psychologii znalazło się miejsce na takie podejście do pacjenta. Tak czy inaczej. Dziś mam namiastkę uczucia skalpela w mojej ręce. Który precyzyjnie wyciął co miał wyciąć. A teraz "let's move on".


sobota, 10 grudnia 2011
Pierwszy raz od bardzo dawna mam sobotę tylko dla siebie. Za wyjątkiem jednej zbłąkanej duszyczki nikt dziś do mnie nie wydzwaniał. Niczego nie musiałam, do niczego mi się nie spieszyło.

Dziwnie jest mieć czas tylko dla siebie. Na tyle dziwnie, że zrobiłam obiad. Coś, czego bardzo nie lubię.

Co się robi, kiedy ma się czas?
piątek, 09 grudnia 2011

Poddasze wpadło w idiotyczny nałóg.

True Blood.

Poleciałam na komerchę. Szok.

Nie powiem, że Poddasze życzy sobie pod choinkę własnego wampira, ale Święty Mikołaj po tych świętach nie będzie już taki jak wcześniej.

:[

To prawda, że punkt G u każdej kobiety to inna bajka. Jestem jednak zdania, że tych punktów jest niezliczona ilość, upakowana w przypadkowych miejscach i mogą się uruchamiać jednocześnie, po kolei, lub raz na jakiś czas.

Jak choinka.

Znalezienie włącznika lub wyłącznika albo przełącznika to jak dla mnie wyższa szkoła jazdy.

Współczuję facetom.

Bo my to fajnie mamy.

 

niedziela, 04 grudnia 2011
Zadziwiające jest to, jak wiele dobrego może spotkać Cię wtedy, kiedy na chwilę zapomnisz o sobie. Całe to biadolenie, marudzenie, kręcenie się w kółko w okół własnej osi... jest obłędem. Niczego nie wnosi. Zupełnie jakbyśmy polecieli na bezludną wyspę licząc, że znajdziemy tam coś niezwykłego. A tak naprawdę jedyne co na niej znajdujemy - to samego siebie. I mówiąc dosadnie - dupa. Jak się nie lubisz - wyspa ci się nie spodoba.

Przestałam więc biadolić we wrześniu. Zebrałam manatki i skupiłam się na wszystkich dookoła mnie. I co? I niespodzianka. Od jakiegoś czasu wszystko zaczęło "klikać" we właściwym momencie. Jak zaczepy trafiające we właściwe miejsca.

Wczoraj dostałam telefon od szefa. Dostałam podwyżkę jaką sama zaproponowałam. Przystali na nią (ku mojemu absolutnemu zdumieniu). Projekty, na których się skupiłam - zaczynają same się kręcić, jakby ktoś zaczarował włącznik, który co chwila od nowa włącza pozytywne zdarzenia.

I tak... możliwe, że za jakiś czas wszystko się rypnie. Bo już tak bywało. Tylko kogo by to obchodziło? Nawet jak glebniemy zbiorowo na dupska, zrobimy to mile gwiezdne od miejsca, w którym wyrżnęliśmy się o ścianę ostatnio. Czy to nie powód, żeby znowu pozbierać się do kupy i skupić na czymś sensowniejszym od siebie?

Wczoraj poszliśmy z Mnichem zagryźć podwyżkę. Bo co na Poddasze działa uspokajająco? Jedzenie... Dziś już loty wyrównane. Skupione oczyska Poddasze wbiło w rękawki Watsona.

a.... i jeszcze jedno. wczoraj Poddasze miało swój dzień dziecka... W knajpie okna były pełne światełek, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście tonęło w małych iskierkach... Dzień wart zapamiętania.

czwartek, 17 listopada 2011
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107
O autorze
Zakładki:
@
A czy to coś zmieni?
A my się znamy, przepraszam? ;)
Posłuchaj skoro już tu jesteś
Przygarnij zwierzę z Palucha
Śledzę:
Uratowali kocie życie